Karetka 1979Przez ostatnich kilka miesięcy z uwagą śledziłam najróżniejsze doniesienia prasy krajowej związane z medycyną ratunkową i systemem ratownictwa medycznego. Miałam nadzieję, iż wreszcie „zakumam” o co w tym wszystkim chodzi, ale dalej nie jestem pewna czy udało mi się ten cel osiągnąć… Prawdę mówiąc, to nie bardzo rozumiem dlaczego tak wiele spraw przekazywanych jest organom ścigania? Czy niektórym się wydaje, że taki prokurator to jakiś czarnoksiężnik z magiczną różdżką? Z reguły gość nie ma zielonego pojęcia o medycynie – a naciąganie każdej sprawy pod artykuł 160 kodeksu karnego (ten właśnie o narażaniu na utratę życia lub zdrowia) to po prostu żenująca komedia. Załóżmy, że w efekcie postępowania ktoś dostanie naganę, grzywnę lub też wyląduje za kratkami… Do tego media rozdmuchają cały temat do poziomu teorii spiskowo-terrorystycznej… Publiczność pożyje tanią sensacją… A jak już wszystko ucichnie, okaże się że tak naprawdę niczego nie zmieniono na lepsze, ani też nikt nie ozdrowiał.

To może jednak inaczej? Może zamiast wytykania błędów należałoby skupić się na szukaniu rozwiązań poza prokuraturą i prasą? Stojąc trochę na uboczu mam wrażenie, że naprawdę wiele dałoby się naprawić, ale wymagałoby to pewnych zmian… I stąd właśnie pomysł na cykl postów „Co by tu zmienić żeby było lepiej?”.

Mam nadzieję, że nikogo myślącego tu nie urażę, ale od kiedy uczestniczę w pracach systemu ratownictwa medycznego za Wielką Wodą, naprawdę nie rozumiem po jakiego grzyba w karetkach jeżdżą lekarze? Jeszcze za czasów studenckich w Belgii, wydawało mi się, iż ich obecność jest naprawdę konieczna w przypadkach nagłego zatrzymania krążenia czy innych stanach nagłych. Z podziwem przyglądałam się „bohaterskim czynom” starszych kolegów. Czar dość szybko prysł jak zostałam lekarzem medycyny ratunkowej w USA. Po kilku miesiącach kontaktów z zespołami ratowniczymi, które świetnie dają sobie radę bez lekarza, jestem przekonana, iż taki dualny system sieje jedynie niepotrzebne zamieszanie. Codzienne dylematy dyspozytorskie w tonacji „S” lub „P” są zupełnie zbędne. Post factum prowadzą jedynie do bezsensownych wypowiedzi na temat słuszności dokonanego wyboru, oraz sieją nieufność wśród pacjentów. Wyobraźmy sobie ogrom mitów, jeżeli Kowalskiego z pierwszego piętra zabiera zespół S, a po Malinowskiego z dziesiątego piętra wysyła się zespół P. Z medycznego punktu widzenia takie ploty nie mają żadnego znaczenia, ale ciągłe podburzanie pacjentów przez sensacyjne reportaże prasowe niczego nie naprawi. „Bez dwóch zdań” nie ma takiej konieczności, aby w karetce był lekarz. Dobrze wyszkolony personel ratowniczy jest tu podstawą sukcesu! A tego akurat w kochanym kraju chyba nie brakuje! Nowoczesnych karetek też jest ponoć pod dostatkiem. Za to podobno brakuje lekarzy medycyny ratunkowej?

Sznurek karetek

Miejsce lekarza medycyny ratunkowej jest w SORze, a nie w kolejce do niego! Wyobraźmy sobie, że z tych wszystkich oczekujących godzinami karetek wysiedliby lekarze i zajęli się przyjmowaniem pacjentów w oddziale ratunkowym. Bez względu na liczbę podjeżdżających zespołów problem przyjęcia chorych nie byłby aż tak wielki. Rozumiem, że NFZ nie chce płacić za lekarza podwójnie, raz w karetce i drugi raz w oddziale ratunkowym, bo prawdę mówiąc jest to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Jeżeli fundusze na obecność lekarską w zespole wyjazdowym zostałyby przeniesione razem z nim do SORu, to od razu poprawiłaby się funkcjonalność takich oddziałów. Zacytuję tu wypowiedź prof. Jakubaszko, z artukułu który ukazał się na łamach wrocławskiej edycji gazeta.pl pod koniec stycznia:

„Na dyżurze mamy trzech lekarzy i sześć pielęgniarek. Przydałoby się drugie tyle…”

I tu jest właśnie pies pogrzebany… Nawet podwojenie tej liczby pewnie nie wystarczy. Mój yankeski ER przyjmuje rocznie około 46 tyś pacjentów. Obsługuje go ekipa 27 rezydentów (w trakcie specjalizacji) oraz 12 lekarzy z zakończoną specjalizacją w dziedzinie medycyny ratunkowej – oczywiście pracujących w systemie zmianowym. Każdy z nas lata jak nakręcony, ale żadna liczba chorych nie jest nam straszna. Pewnego wieczoru gdy przyszłam na dyżur, akurat podjechało 7 karetek, i wszystkie odjechały puste w przeciągu 25 minut. Owszem, zdarza się iż pacjenci czekają godzinami na poradę w poczekalni, ale nie są to Ci z podejrzeniem zawału, połamaną nogą czy innym stanem nagłym. Szybki system triażowy sprawia, że na długie czekanie skazani są „wygodniccy”, którym się wydaje, iż SOR to taka całodobowa przychodnia. Poza tym, w godzinach „szczytu” – pomiędzy 11 rano a 11 wieczorem, jeden rezydent prowadzi tak zwany „fast track”. Tam właśnie trafiają pacjenci z Emergency Severity Index score 4 i 5 – „treat and street” jak to mawiają… Nikt z rezydentów nie jeździ w karetce poza miesięcznym stażem tak dla rozeznania. Niektórzy latają w HEMSie, ale jest to raczej atrakcja niż konieczność z punktu widzenia odpowiedniej opieki nad pacjentem. Rezydent pełniący dyżur lotniczy przez cały czas przyjmuje pacjentów w oddziale, a znika tylko wtedy gdy jest jakiś lot. Nikt tu nie śpi w czasie dyżuru na ER, bo nie za to nam płacą…

Nie ma się co dziwić, że rodzimy system który płaci lekarzowi za nockę w łóżku dyżurnego, lub też całe godziny z jednym pacjentem w karetce, przynosi tyle strat finansowych. Zostawmy więc czynności ratownicze przygotowanym do tego ratownikom, i przenieśmy lekarzy do SORów!!! Jak widać błędna koncepcja systemu jest tu w dużej mierze winna kłopotom finansowym z jakimi boryka się medycyna ratunkowa w Polsce, a nie obwiniana przez prof. Jakubaszko biurokracja, która powstała przecież na bazie tejże koncepcji.

To tyle na dzisiaj… Czekam na komentarze!