EM Chaos

Po moich ostatnich artykułach w otchłani netu, w SORach i karetkach  rozgorzała debata sceptyków i zwolenników. Przeciwnicy nie podnieśli zbytniego rabanu, ale słowa ostrej krytki z pewnością się znalazły. Jak to mawiał mistrz Krasicki „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”, tak więc z zaciekawieniem przyglądałam się komentarzom i opiniom czytelników. Muszę przyznać, iż dziwią mnie stwierdzenia „ekspertów” na temat funkcjonowania amerykańskiego systemu w porównaniu do polskich realiów… Wiele z tych wypowiedzi dzielą całe lata świetlne od znanej mi z doświadczenia yankeskiej rzeczywistości… Cóż – z mojego punktu widzenia „Ostry dyżur”, „Dr House’a” czy też „Chirurgów” można spokojnie zaliczyć do gatunku „science-fiction”. Poza tym ani Rzymu ani ERów w USA od razu nie zbudowano, tak więc nie ma co się zrażać i „wołać gromu ażeby dobił”!!! I właśnie o tym dziś będzie mowa… O historii „starożytnej”, o tzw. „Planie aleksandryjskim” i podziemiach medycyny ratunkowej 🙂

Na początku był chaos… Taki bałagan, że aż strach… Piwinica o powierzchni 45 metrów kwadratowych, radiologia na piątym piętrze, 18000 wizyt rocznie, i stażyści oraz studenci medycyny zamiast lekarzy specjalistów… Selekcja naturalna zamiast triażu i pacjenci koczujący godzinami w poczekalni. Do tego wzrastająca eksponencjalnie liczba skarg i wiecznie niezadowoleni dyżurni, dla których nocka w ERze była niczym kara za grzechy. Nic dziwnego, że Dr. Mills miał tego po prostu dość… Dzieląc pracę pomiędzy tą piwnicą ratunkową szpitala aleksandryjskiego w Waszyngtonie, oraz praktyką lekarza ogólnego, często gęsto wracał do domu późnym wieczorem… Pewnego razu pojawił się około 1szej nad ranem po 18-godzinnym dyżurze… Przemęczony i przepracowany z całą słusznością stwierdził, iż tak dalej być nie może… On sam, rodzina i pacjenci zasługiwali przecież na coś lepszego! I wtedy to, w roku 1961, zrodziła się wizja… Wizja medycyny ratunkowej.

Wizja

Jak dalej relacjonuje Dr. Brian Zink, Mills w asyście 3 muszkieterów rozpoczął rewolucję! Ano właśnie we wspomnianej piwnicy na 4 łóżkach tworzyli historię medycyny ratunkowej!!! Tak na marginesie należy dodać, iż karetek było jak na lekarstwo, więc żywi pacjenci często zajeżdżali karawanami. Ich pomysł szybko zyskał na popularności, i SORy mnożyły się jak grzby po deszczu. 7 lat później zawiązał się American College of Emergency Physicians.

W 2011 obchodzono 50tą rocznicę narodzin „Planu aleksandryjskiego” Dr. Mills’a. O dziwo (?) okazało się, iż starych problemów nie brakuje! Wielu nadal się wydaje, że ER jest receptą na wszelkie bolączki, a karetka to taka lepsza taksówka. Cóż, chyba należy zaprzyjaźnić się z myślą, iż medycyna ratunkowa ma służyć każdemu, w każdej sytuacji i o każdej porze! Jak mawiają za Wielką Wodą: „Anyone, Anything, Anytime„.

„Tymczasem zgodnie z zaleceniami Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej do SOR-ów powinni trafiać wyłącznie pacjenci, których życie lub zdrowie jest nagle zagrożone – ranni, porażeni prądem, poparzeni, pogryzieni czy użądleni, w stanie ostrego zatrucia, z nagłym bólem w klatce piersiowej, z zaburzeniami rytmu serca, dusznością, silnym bólem głowy, utratą przytomności, drgawkami, bólem brzucha, zaburzeniami widzenia, słuchu, czucia, mowy, uporczywymi wymiotami, silnym krwawieniem z przewodu pokarmowego, dróg rodnych, nagłą wysoką gorączką. Oni powinni uzyskać pomoc jak najszybciej. Absolutnie nie może być tak, że czekają w jednej kolejce z tymi, którzy przyszli po poradę psychologa, zdjęcie szwów, wypisanie recepty czy badania zlecone dawno temu przez lekarza rodzinnego – a to ciągle się zdarza…” czytamy we wrocławskiej edycji gazeta.pl.

Takie założenia i zalecenia to po prostu fantazja i utopia. Owszem, byłaby to sytuacja idealna, ale wymagałaby wysokiego poziomu edukacji medycznej wśród pacjentów, co niestety nigdy nie nastąpi. Frustracja, brak wiedzy, czy też poprzednie doświadczenia ze służbą zdrowia, sprawiają, iż pacjent w pewnym momencie szuka „ratunku”. Pełen nadziei i oczekiwań, a często również nierealnych wymagań, udaje się właśnie do najbliższego SORu. Pół biedy jak dociera na własną rękę. Niektórzy dzwonią nawet po karetkę, a nie ma realnego sposobu na to żeby przez telefon stwierdzić, iż przykładowo pogarszający się od miesiąca ból brzucha i pleców u 65-latka nie jest objawem tętniaka aorty. Tak więc wysyła się ekipę medyczną po delikwenta, któremu pewnie nic groźnego nie dolega. Walka z tego typu zachowaniami z góry skazana jest na porażkę, zwłaszcza w obliczu rosnącego dostępu do informacji medycznej w Internecie. Pacjenci czytają różne cuda, i przekonani o swojej racji, diagnozują u siebie ?stany nagłe?. Czy nam się to podoba, czy też nie, musimy pogodzić się ze stanem rzeczy i inaczej zorganizować działalność SORów.

Grunt to porządny system triażowy i organizacja pracy. W większości amerykańskich ER pacjenta najpierw przyjmuje pielęgniarka, której zadaniem jest zebranie szybkiego wywiadu i przyznanie punktów w skali ESI (Emergency Severity Index). Pacjenci w kategorii 1szej, 2giej i 3ciej trafiają do głównego oddziału ratunkowego w moim szpitalu. Ci z kategorią 4tą i 5tą przyjmowani są w pododdziale pomocy doraźnej – tzw. „Fast Track”. Podobny model sprawdza się ponoć w Bochni. Dr. Gucwa kieruje zarówno miejscowym SORem jak i punktem pomocy całodobowej, które są w jednym budynku. Pacjentów z bardziej błahymi problemami, kieruje się do owego punktu. Jako pododdział czy też oddzielna placówka – metry kwadratowe do „MEETowania, GREETowania, TREATowania i STREETowania” są niezbędne pod bokiem każdego SORu.

„Tak jest na całym świecie: to my, lekarze i organizatorzy służby zdrowia, mamy tak ułożyć pracę, by kolejek nie było”. Dr. Jarosław Gucwa

Przez pół wieku Yankesi na próżno walczyli z bomisiami w ERach. Skutek wręcz odwrotny – wiecznie rosnąca liczba wizyt… Jak na złość dorobili się ustawy antydumpingowej czyli tzw EMTALA. Szkoda więc czasu na NIKczemne raporty. SORy były, są i będą od wszystkiego. Trzeba sobie tylko tak to wszystko poSORtować, by stworzyć chaos kontrolowany!